Wojciech Gerson. Gdańsk w XVII wieku. 1865. Olej na płótnie. 103,5 x 147 cm. Muzeum Narodowe, Poznań.


Niektórzy mają skłonność do nadinterpretacji. Nieistniejących szukając podtekstów, podejrzliwie snują nowe wątki. A innym znów razem redukują przekaz, sprowadzając go do biograficznej notki. Tu jednak pomiędzy wierszami trzeba umieć czytać...
Ze zrozumieniem.

niedziela, 12 marca 2017

Na co komu "stare" życie?

Rozważań o starości dalszy ciąg.

Nie udała się Panu Bogu starość - niektórzy lubią tak sentencjonalnie wzdychać, powtarzając popularne porzekadło. Znajdą się i tacy, którzy z uporem godnym lepszej sprawy głosić będą, jaka to starość piękna może być tudzież pogodna. Czyżby?

Miast pytać "na co" mogłabym wprawdzie spytać, po co - zgrabniej by to zabrzmiało - lecz chodzi mi o ten właśnie mały niuans. Bowiem po co, to akurat wszyscy wiemy - nikt z nas jakoś się nie kwapi, by umierać młodo. Lecz, na co, to już nieco inna rzecz. (Ot, jak to mówią, psu na budę choćby.)

Gdziekolwiek się nie obrócić, wszędzie mamy do czynienia ze starością. Widać ją "na mieście", w środkach komunikacji, w sklepach, zaś ostatnio (co pochwały godne) i w galeriach nawet. Ci, którzy jeszcze nie są tak z kretesem starzy, wolą udawać, że jej nie ma. Po co wywoływać wilka z lasu. Niby to wiemy i akceptujemy fakt, lecz na dobrą sprawę nie wierzymy, że to kiedyś może się przytrafić nam.
Wszak medycyna ciągle tak do przodu...
Tymczasem, jeśli nawet w skali globalnej ludzkie życie wydłużyło się porównywalnie do minionego ćwierćwiecza o kilkanaście lat, oznacza to, ni mniej ni więcej, tylko przedłużenie starości. Właśnie ten odcinek życia, z racji postępu, głównie zresztą farmakologii, zdołaliśmy znacząco wydłużyć.

Czy nam się to podoba, czy też nie, starość nadal nam króluje - a nawet jest jej zdecydowanie więcej.
Wszystkie te wątpliwe, powiązane z dobrodziejstwem inwentarza, dobra postrzegamy i rozpoznajemy. Wszak mamy w swoim otoczeniu multum ludzi starszych. Nasi dziadkowie, rodzice, czy sąsiedzi; bądź też, z racji wykonywanego zawodu, nasi podopieczni. Borykanie się z samotnością, zmaganie z chorobami, konieczność stawiania czoła aspektom życia, które upokarzają.
Oni wszyscy, albo prawie wszyscy mają depresję - której nie zamaskuje moherowy berecik!
W tym miejscu upraszam, by nie podtykać mi pod nos tych pojedynczych przykładów wesołej i pogodnej starości. To akurat wiem bez żadnej łaski. Komu potrzebne takie beznadziejne życie?

Ależ ...nam! Nam potrzebne jest ich życie; niechby trwało jak najdłużej. Oni zresztą doskonale o tym wiedzą. Jak to się mówi, "mają dla kogo żyć"; dla nas, innymi słowy.
Czy taka wiedza może ich uchronić od depresji? Nic podobnego - widać to na każdym kroku.
Ergo: życie powinno być dla siebie. Jeśli miałoby rację bytu wyłącznie w kontekście użyteczności komuś, a więc, nie oszukujmy się,  utylitaryzmu,  to po mojemu nie miałoby zbyt wielkiego sensu.
Starość jest zła. Nie udała się Panu Bogu starość - mówią tak niektórzy z nas. Lecz jest w tym zdaniu logiczna sprzeczność. Bóg bowiem nie należy do takich, którym cokolwiek mogłoby się nie udać.

Zatem starość jest zamierzona. Niewykluczone, że "za karę".
Skoro jest zamierzona, a jest zła, to (nawet, jeśli za karę) może Bóg wcale nie jest taki dobry.
O ile można polemizować między sobą co do istnienia na świecie zła, tłumacząc je wolnością jednostek ludzkich, nie da się tej retoryki zastosować do starości. Ona jest wpisana w Stworzenie. Nie ma od niej odwołania, co najwyżej lekkie odroczenie. Kto się urodził, umrzeć musi, basta! Przedtem zaś, na ogół, się zestarzeć. Warto przychodzić na ten świat, skoro takie nas czekają konsekwencje? Czyż całe wcześniejsze życie może wynagrodzić człeku to, co czeka go na starość?
Gdy o mnie idzie, to ...nie jestem pewna. Widać, za mało we mnie tej prawdziwej wiary.
Problem można rozpatrzeć tylko na jednej płaszczyźnie. Jeśli a priori uwierzymy w dobroć Boga, musimy przyjąć, że całość ludzkiego życia (łącznie z tą "złą" starością) jest objęta Bożym planem. I, mimo, iż nie ogarniamy szczegółów, musimy zaufać. Cała rzecz tylko w kontekście wieczności może mieć jakikolwiek sens. Jeśli założyć, że dla człowieka wszystko się kończy z chwilą śmierci, po niej zaś nie ma nic, to po mojemu wszystko to o kant czterech liter potłuc.

Tutaj znowu ukłon: proszę nie cytować mi tych teorii, które nam serwują księża. Nimi akurat, z racji swego wykształcenia, sypać mogłabym, jak z rękawa. Tyle, że one wcale nie wyczerpują wątpliwości, które każdy ma w swoim wnętrzu. Byłoby wielką arogancją uzurpować sobie monopol na wiedzę o czymś, co tak naprawdę jest przedmiotem wiary. Bądź też niewiary. Te zaś przynależą do prywatnych kategorii.

sobota, 11 marca 2017

Nie udało się, czy też przeciwnie, wszystko jest starannie zaplanowane?

- Nie udała się Panu Bogu starość - uśmiechnęła się na pożegnanie młoda agentka PZU, opuszczając świeżutko ubezpieczone mieszkanie mojej mamy.
Po jej wyjściu rodzicielka przez dłuższą chwilę milczała, cokolwiek urażona.
- Co też ta kobieta opowiada, jak to się nie udała, przecież właśnie się udała, i to moim zdaniem nawet bardzo - odezwała się wreszcie mama. Bo jeśli dogłębnie się nad tym zastanowić, to ileż wspaniałych wynalazków ma rację bytu właśnie dzięki starości. Okulary do czytania, sztuczne zęby, farby do włosów, nowoczesny sprzęt ortopedyczny. A wreszcie - ile nowych specjalności, ile miejsc pracy dzięki starości powstaje. Wszyscy ci lekarze geriatrzy, opiekunowie w domach starców, producenci leków i pampersów - wylicza ku mojemu wielkiemu rozbawieniu.
Bowiem - nie ukrywam - osobiście wolałabym, aby ludzkość doskonale obywała się bez tych żałosnych substytutów. Żeby nikt nie miał okazji nabyć wiedzy, na czym polega zależność od pomocy osób trzecich, nawet, jeśli są to osoby najbliższe. Co więcej - wolałabym, żeby nie tylko taka praca, ale wręcz żadna praca nikomu do przeżycia nie była niezbędna.

środa, 8 marca 2017

Radość, zdaje się, przedwczesna...

Wczoraj, po rozmowie z siostrą, już od progu przekazuję wieści.
- Mamo, nasz Lesiulka (tak nazywam swojego młodszego braciszka) jest jedynym kandydatem na prezesa ogólnopolskiego Radia. Juliusz Braun zgłosił jego kandydaturę pod obrady, które się odbędą w czwartek. Póki co, nie ma żadnego liczącego się kontrkandydata, ale jak znam życie i realia... Zresztą, zaraz się upewnię.
Dzwonię do brata, by to skonsultować. Ten - zdystansowany - studzi mój entuzjazm.
- Nie ma tak dobrze, mamo, już PIS-iory nigdy na to się nie zgodzą - mówię. Prędzej wyciągną jakiegoś trupa z szafy, niż zaakceptują kandydata zgłoszonego przez Platformę.
- Jakie znów "pisiory"? Kibicowskie łobuziaki?
- Nie, mamo, chodzi mi o PIS.
- Aaaa... no to już chodźmy się pomodlić - zmienia temat mama. (Z pokoiku obok wciąż słychać RM.)
*
Tak, jak było do przewidzenia, właśnie pojawił się następny kandydat. To Jacek Sobala, zaproponowany przez Krzysztofa Czabańskiego.

wtorek, 14 lutego 2017

Miłość

Każdy, kto chociaż raz był zakochany wie, jak bardzo taki stan uskrzydla. Miłość do partnera sprawia, że żaden ciężar nie wydaje nam się ponad siły i wszystko jesteśmy w stanie przetrzymać, zaś przeciwieństwa losu nie przewracają nam życia do góry nogami, tylko co najwyżej lekko spowalniają w marszu. Nawet miłość nieszczęśliwa, czy też choćby taka, co to nie może zostać zrealizowana, potrafi człeku "speeda" porządnego dać.
Tymczasem miłość do własnego dziecka już nie niesie z sobą takich implikacji. Bo jeśli kocha się je do tego stopnia, że oddałoby się za nie własne życie, to nie czyni to owego życia ani o jotę lżejszym. Wprost przeciwnie, czyni nawet cięższym. Rodziców też przecież kochamy (choć akurat za nich życia nie oddalibyśmy); wiemy, co im jesteśmy winni i gorąco chcemy owym powinnościom sprostać. Lecz ta świadomość, o dziwo, nie czyni tych starań znośniejszymi, tudzież - spójrzmy prawdzie w oczy - nie opromienia nam życia ani nie uskrzydla.
Może ta cała "miłość" jest po prostu przereklamowana? I czy to w ogóle miłość?
Bo może to tylko zwykła ludzka jest powinność, bądź, jak w przypadku dzieci, zew natury?

Żeby wypełniać należycie swoje obowiązki - zarówno te, które życie nam przynosi, jak i te, które własnowolnie przyjmujemy - trzeba namiętności. Sama tylko akceptacja konieczności nie wystarczy.
Nie chodzi jednak o to, by namiętność wiązała się ściśle z danym obszarem obowiązku, lecz by jakakolwiek namiętność w naszym życiu rezydowała. Ktoś, kto nie ma w życiu nic, co by go na duchu podtrzymało, a przytłoczony zostanie obowiązkami, postrzegać je będzie jako ponad siły - nawet, jeśli w innych okolicznościach nie musiałyby takimi być.

Czyż wiara dawać może człowiekowi taką siłę, która pozwala nie tylko znosić przeciwności, ale wręcz lżejszymi czyni trudy ponoszone w słusznej sprawie? Jeżeli nawet, to - póki co - jest to niedostępne memu doświadczeniu.

niedziela, 12 lutego 2017

O stawaniu na palcach - post inspirowany

 Z Dziejów Duszy Świętej Teresy od Dzieciątka Jezus:
"(...)Przez długi czas pytałam siebie, dlaczego dobry Bóg ma swoich uprzywilejowanych, dlaczego wszystkie dusze nie otrzymują łask w równym stopniu; (...)

Jezus raczył pouczyć mnie o tej tajemnicy. Stawił mi przed oczyma księgę natury i zrozumiałam, że wszystkie kwiaty przez Niego stworzone są piękne, że przepych róży i biel Lilii nie ujmują woni małemu fiołkowi ani zachwycającej prostoty stokrotce... Zrozumiałam, że gdyby wszystkie małe kwiatki chciały być różami, natura straciłaby swą wiosenną krasę, pola nie byłyby umajone kwieciem...

Gdybyż tak człowiek władny był pojąć, iż wszystkie rzeczy, a raczej wszystkie stworzenia są w równym stopniu piękne tudzież w równym stopniu dobre, uprzywilejowane, pełnoprawne. Tak jednak się nie dzieje. Co więcej, niektórzy dokładają starań, by tak zamącić, żeby wmówić ludziom, iż Pan Bóg jednych bardziej uprzywilejowuje, innych mniej. Z tą przekłamaną retoryką nikomu godzić się nie wolno. Jedna jest Miłość, różne Jej oblicza. I tego nam się trzymać. Lecz - Panie Boże - jak z tym żyć?
Na każdym kroku trzeba się z kimś porównywać. Tak, tak, spokojnie; ja doskonale wiem, że "wcale nie potrzeba", jednak ta wiedza w niczym mi nie pomaga. Mnie nie pomaga, Tobie nie pomaga, prawie nikomu - tak na dobrą sprawę - nie pomaga. W procesie wychowania od małego wpaja nam się ducha rywalizacji i porównywania.  Zwłaszcza w zachodniej kulturze cały ten linearnie rozumiany postęp opiera się na wartościowaniu i ciągłym skalowaniu. Już bardzo wcześnie odkrywamy, że na tym naszym świecie równi są i równiejsi. Zaś sami na tle innych wcale nie jesteśmy tacy naj, jak zapewniali nas rodzice.
Kto wie, czy jako autonomiczne jednostki nie zyskalibyśmy więcej, gdyby miast tego kształtowano w nas ducha współpracy. Może nie dochodziłoby do tak ogromnych strat energii ludzkiej. Da się na szerszą skalę coś takiego wdrożyć, czy to utopia jeno?
Nawet, jeżeli to ostatnie, to tak czy owak kierunek wart jest podążania.
Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie - to akurat Gandhi.
Nie traktuj ludzi gorzej dlatego tylko, że są od ciebie "brzydsi", "ubożsi", "mniej inteligentni".
Już sobie wyobrażam, jak - zwłaszcza to ostatnie - w naszej kulturze jest do zaakceptowania.
Umiesz się na to - w imię Boga - jeden z drugim, zdobyć, czy tylko w gębie jesteś taki mocny?

_________________
Inspiracją był ten post. Będzie i następny. Kiedyś tam, może nawet wkrótce.